31 stycznia 2015

A babci było Adolfa

 




 A babci było Adolfa.
Było, bo po wojnie wezwali ją i kazali zmienić, kobieca natura i hardość której nabrała przez ciężkie czasy, kazał zadać pytanie '' a co ja niby miałbym tym imieniem zrobić? Podobało się matce to tak dała, skąd miała wiedzieć, że będzie tak się nazywał największy potwór na świecie''.
Zmieniła i zaczęła nowe życie, naprawdę nowe, bo wojna minęła, bo na śląsku, bo z innym dowodem.
A wcześniej?
Gdy miała szesnaście lat, wyjechała ze swojej małej wsi, malowniczo położonej gdzieś na ziemi kieleckiej( naprawdę ładnie tam, byliśmy  raz w czasie urlopu) do ciotki do Warszawy.Pomagała w hostelu, gdzie gośćmi byli głównie żydzi, dobrze było, bo choć praca ciężka miała swój kąt, goście mili, pełny brzuch.
Te dobre czasy nie trwały jednak długo,  zaledwie dwa lata, a potem Warszawa już nie była tą samą  goście pouciekali, ciotka też poszukała gdzieś schronienia, a Adolfa poznała mężczyznę i z nim chciała budować swoje życie.
Stolica cierpiała, okupanci byli wszędzie, wszechogarniający strach, niepewność, żal.
Pierwsze dziecko poroniła ,nie wiedziała nawet czy chłopczyk czy dziewczynka.
Uciekli tuż przed powstaniem w rodzinne strony, aby tam ukrywać się w lesie, bo domy zajęte były przez Niemców. Rodzi się drugie dziecko, w lesie, jest zimno, głodno, przyplątuje się zapalenie piersi, ogromny ból, gorączka.
Maleństwo choruje  znikąd pomocy, odchodzi tam w tym lesie.
Ale trzeba żyć dalej, mężczyźni w partyzantce, trzeba mieć choć cień nadziei że kiedyś będzie lepiej,mają go.
Wojna kończy się, to czuć i widać, żołnierze niemieccy już też jakby inni, jakby bardziej ludzcy.
Młodzi ludzie szukają swoich miejsc w tym poobijanym kraju i znajdują na śląsku, wcale nie jest tak różowo,  nie mówią gwarą,  są inni, rodzą się dzieci, niby normalne życie, kolejki,pierwszy telewizor, odkurzacz.
    Jak tak na nią patrzę, jest maleńka, drobne dłonie, to myślę ile rzeczy nie wypowiedzianych w niej. Wszędzie ma porządek, ale wszędzie oznacza naprawdę wszędzie.
I myśli same pchają się z siła wodospadu, co my wiemy, czy któraś pochowała dziecko w lesie?
Czy rodziła w miejscu w którym nie chciała?
Czy nie mając co jeść nie mogła wykarmić swojego maleństwa?
Sale w naszym szpitalu położniczym są czyste, ciepłe, nowe.
Dzidziusie pachnące w tych plastikowych jeździkach, na odpowiedniej wysokości, żeby mamie było wygodnie, podają dietetyczny posiłek.
Może warto chwile o tym pomyśleć, bo to nie jest fikcja literacka tak było naprawdę, ja o tym słyszałam.

11 komentarzy:

  1. Uwielbiam takie tematy związane z II wojną światową, bardzo mnie interesują już od dawna.
    Daje do myślenia to co napisałaś..
    http://mybeautifuleveryday.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  2. Ciężkie życie miała i jaka przykrość i żal po utracie dzieci ją spotkał, ciężkie to czasy były...

    OdpowiedzUsuń
  3. Pozostaje mieć tylko nadzieję, że te czasy już nie wrócą... Niestety takich historii jest znacznie więcej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. jest ich jeszcze wiele choć coraz mniej babcia ma już 92 lata

      Usuń
  4. A ja mam wrazenie, ze w tych ludziach wychowanych w czasach wojny jest wiecej milosci, wiecej zrozumienia, cierpliwosci, wspolczucia, po prostu sa bardziej. Nie pedza nigdzie, godza sie sie z kazdym losem, maja ta wiedze, ktora nam nie bedzie dana ot tak po prostu.
    Pozdrawiam Edyta

    OdpowiedzUsuń
  5. Aż strach pomyśleć, jak to było niedawno. Obyśmy teraz martwili się tylko tą wysokością jeździków, oby tamte czasy nigdy nie wróciły.

    OdpowiedzUsuń